Mors certa, hora incerta

31 sierpnia 2019 roku o godz. 10 rozpoczęły się uroczystości pogrzebowe ks. Jana Urbańczyka, salezjanina. Wzięło w nim udział 100 kapłanów. Liturgii przewodniczył ks. Marcin Kaznowski p.o. Prowincjał Inspektorii Krakowskiej, homilię wygłosił kolega kursowy śp. księdza  Jana, ks. Sylwester Jędrzejewski. Mszę świętą sprawowali: proboszcz rodzinnej parafii śp. ks. Jana, ks. Henryk Aleksa, kapłani pochodzący z tejże parafii, kapłani z okolicznych dekanatów zaprzyjaźnieni z Dziełem Salezjańskim w Oświęcimiu z oraz bardzo duża grupa salezjanów z Inspektorii krakowskiej i wrocławskiej.

Modlitwą otaczały śp. księdza Jana siostry zakonne w największej licznie siostry Serafitki wraz z przełożoną prowincji s. Agnes Bachul, siostry Misjonarki Świętej Rodziny z Zakopanego, Komorowa i Chełmna wraz z przełożoną generalną s. Ewą Korbut, siostry Boromeuszki z Lędzin oraz siostry Służebniczki – razem było ich ok. 50.

Ponadto sanktuarium szczelnie wypełnili reprezentacje szkół, czyli uczniów, nauczycieli i pracowników szkół salezjańskich z Oświęcimia i Krakowa, przedstawiciele parafii ze Staniątek, Kielc i Witowa, Byli Wychowankowie i Salezjanie współpracownicy, oświęcimscy parafianie, rodzina oraz duża grupa mieszkańców Woli.

 

 Ksiądz Jan Sylwester Urbańczyk, salezjanin

Mors certa, hora incerta — śmierć jest pewna, jej godzina niepewna, tymi słowami ks. Sylwester Jędrzejewski rozpoczął homilię podczas mszy żałobnej. Pod jej koniec zapytał i odpowiedział: Ksiądz Jan, jaki był? Wielu widziało go w promieniach słońca, a niektórzy także w „poświacie księżyca”. Był wrażliwy. Materia życia niekiedy stawała się dla niego bardzo gęsta. Każdy krok kosztował go wtedy więcej wysiłku niż innych ludzi. Brnął przez życie, choć w radosny sposób. Tylko jego własne „noce duchowe”, a któż ich nie ma, były trudniejsze. [*]

Ksiądz Jan Urbańczyk urodził się 4 grudnia 1960 roku w Pszczynie, 11 grudnia 1960 w Woli został ochrzczony.

Szkołę podstawową rozpoczął w 1967 roku w Woli, a od 1973 roku uczęszczał do szkoły we Frydku. Po ukończeniu szkoły podstawowej przez trzy lata chodził do salezjańskiej szkoły w Oświęcimiu, mieszkając w internacie i zdobywając zawód tokarza, a po jej ukończeniu uczęszczał do Technikum Mechanicznego nr 2 w Krakowie, mieszkając w tym czasie na stancji.

19 czerwca 1981 roku, po zdanym egzaminie maturalnym, napisał podanie o przyjęcie do Towarzystwa Salezjańskiego, wskazując, że poznał Księdza Bosko i jego system wychowawczy, a od pierwszego spotkania z Salezjanami w Oświęcimiu w każde wakacje wyjeżdżał na tzw. Oazy, nawet, wtedy gdy mieszkał już poza strukturami salezjańskimi. W Krakowie też spotkał się z salezjanami pracującymi w seminarium oraz z ich pracą w Oratorium. Wcześniej, jeszcze w szkole podstawowej należał z zamiłowaniem do liturgicznej służby, był lektorem oraz pomagał w pracy z ministrantami.

Ksiądz Ryszard Ryszka proboszcz wolskiej parafii pw. św. Urbana w świadectwie wystawionym Janowi Urbańczykowi zapisał między innymi: Jego rodzice, jak również liczne rodzeństwo prowadzą życie religijne. W rodzinie tej zarówno ze strony ojca, jak i ze strony Matki były powołania kapłańskie i zakonne.

16 sierpnia 1981 Jan Urbańczyk rozpoczął nowicjat w Kopcu, a na jego zakończenie  22 sierpnia 1982 złożył pierwsze śluby zakonne, oddając swoje życie Towarzystwu Salezjańskiemu założonemu przez św. Jan Bosko fascynującego młodego Jana Urbańczyka swoim życiem i systemem wychowawczym, o czym napisał w swoim podaniu do nowicjatu.

Kolejnymi latami formacji były studia filozoficzno-pedagogiczne w seminarium w Krakowie w latach 1982 do 1984, asystencja odbyta w Oświęcimiu (1984-1985) oraz powtórnie studia w Krakowie, tym razem teologiczne (1985-1989). Ksiądz Sylwester Jędrzejewski w takich słowach wspomina śp. księdza Jana z tamtych lat: … w czasie studiów na Łosiówce w Krakowie… Ile radości w nim było, ile humoru, ile nadziei. Mogłem wtedy zobaczyć jego naturalną, z domu wyniesioną pobożność. I dobroć, bo to było szczególnie widoczne; bez demonstracji, bez pompatyczności. Ot, dobry człowiek. [*]

Szczególnym momentem w życiu kl. Jana Urbańczyka były śluby wieczyste złożone z racji setnej rocznicy przejścia do nieba św. Jana Bosko w Bazylice turyńskiej na Valdocco, miejscu w którym rozpoczęło się dzieło salezjańskie, a wszystko to odbyło się 8 września 1988. W tym samym czasie i miejscu kl. Jan przyjął z rąk kard. Anastasio Ballestrero święcenia diakonatu.

W wakacyjnych opiniach z kolejnych pobytów w domu rodzinnym ks. Proboszcz podkreślał zaangażowanie kl. Jana w uczestniczeniu we mszy świętej, posługę lektora i kantora, pomoc w przygotowaniu różnych uroczystości oraz w gromadzeniu chętnych do uczestnictwa w Pieszej Pielgrzymce Warszawskiej. Od czasów szkolnych był też zamiłowanym turystą górskim, zdobywając w tym względzie różnego rodzaju uprawnienia.

Wieńcząc swoje studia pracą magisterską, Jan Urbańczyk, na jej przedmiot wybrał Ps 8. Już wtedy zachwycony był życiem, gdy czytał w nim: „Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził: czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym – syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8). Trzeba naprawdę głębokiej wiary, żeby wobec piękna dzieła stworzenia i człowieka, jego korony, przyjąć słowa Jezusa: „Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (J 12). [*]

Święcenia kapłańskie otrzymał przez ręce ks. bpa Albina Małysiaka 15 czerwca 1989 roku w Krakowie.

Pierwszą placówką po święceniach, na jaką przełożeni posłali księdza Jana, była salezjańska szkoła w Oświęcimiu (1989-1991), w której był nauczycielem i instruktorem na warsztatach w szkole zawodowej. Po dwóch latach został przeniesiony do Krakowa na Dębniki do wspólnoty zakonnej i parafii pw. św. Stanisława Kostki, by pełnić przez rok funkcję administratora (1991-1992). Po rocznej pracy przez następne trzy lata pracował w domu w Kielcach (1992-1995) jako duszpasterz, katecheta i administrator. Kolejne trzy lata (1995-1998) spędził na pracy duszpastersko-katechetycznej w Przemyślu na Zasaniu, by wrócić do pracy katechetycznej w szkole, tym razem w Świętochłowicach (1998-2004). Roczną przerwą w pracy w szkole było prowadzenie Ośrodka duszpasterskiego w podkrakowskich Staniątkach (2004-2005), a następnie przez trzy lata był wikariuszem parafii i katechetą w Witowie. (2005-2007). Ostatnie lata życia księdza Jana związane były z pracą w szkołach. Od 2007 do 2015 pracował jako ekonom i katecheta w krakowskiej szkole na osiedlu Piastów, a od sierpnia 2015 roku do dziś jako ekonom, katecheta, duszpasterz i spowiednik sióstr ponownie, już po raz czwarty  w oświęcimskim domu tzw. Casa Madre.

Łatwo zauważyć, że wszędzie i nieprzerwanie pełnił swoją posługę dla młodych ludzi jako katecheta-nauczyciel religii. To było najbardziej prawdziwe jego salezjańskie życie. I mogę zaświadczyć, że miał z takiej misji wielką satysfakcję. [*]

Zdobywał młode serca dobrocią, chętnie korzystali u niego z sakramentu pokuty, radzili się w swoich życiowych sprawach, bo był salezjaninem, kapłanem, nauczycielem, wychowawcą i przyjacielem młodych ludzi. Dla nich pracował, spalał się, czyli tracił swoje życie. [*]

Bóg, jak wierzymy, zabiera człowieka w najlepszym dla niego momencie. A Chrystus upewnia nas: „Kto wierzy we Mnie, choćby i umarł, żyć będzie”. Taka jest nasza wiara i ufamy w to. Spotkamy się z nim na pewno. Wtedy będziemy wiedzieć już na pewno, że mors certa, hora incerta. Módlmy się za niego, z nadzieją, że kiedyś wielbić Boga będziemy razem z nim. Tam, gdzie Bóg otrze z oczu wszelką łzę. Jezu ufam Tobie. [*]

Dariusz Bartocha sdb
Foto: ko. Wojciech Zięcina

[*] fragmenty homilii wygłoszonej podczas pogrzebu przez ks. Sylwestra Jędrzejewskiego sdb.

 

Intencje za śp. ks. Jana zamówili:

Współpracownicy Salezjańscy Domu Zakonnego w Oświęcimiu
Andrzej Wanat z rodziną
Pracownicy księgowości Zespołu Szkół Salezjańskich w Oświęcimiu
Ekipa remontowa Dzieła salezjańskiego w Oświęcimiu
Pracownicy ochrony Dzieła salezjańskiego w Oświęcimiu
Pracownicy kuchni i pralni Dzieła salezjańskiego w Oświęcimiu
Agnieszka i Andrzej z dziećmi
Parafianie ze Staniątek
Grono pedagogiczne Zespołu Szkół Salezjańskich w Krakowie
Pracownicy Administracji i obsługi Zespołu Szkół Salezjańskich w Krakowie
Ewelina Matyjasik – Lewandowska z mężem
Nauczyciele praktycznej nauki zawodu działu mechanicznego Zespołu Szkół Salezjańskich w Oświęcimiu
Henryk i Andrzej  Koczor z rodzinami
Właściciel i pracownicy firmy Beryl
Stowarzyszenie Byłych Wychowanków i Wychowanek Salezjańskich Inspektorii Krakowskiej
Rodzina Sowa z dziećmi
Uczniowie klasy 2 Tm z rocznika 2002
Uczniowie Zespołu Szkół Salezjańskich w Krakowie
Brat Kazimierz z rodziną i brat Andrzej z rodziną
Rodziny Staszczyk i Kos, sąsiadów brata Stanisława, rodziny Kulka i Matla
Anna Jelonek
Brat Stanisław z rodziną

Od pierwszego września salezjanie ze wspólnoty w Oświęcimiu rozpoczną odprawianie mszy świętych gregoriańskich za śp. Jana Urbańczyka.

Wild Flowers

Od dłuższego czasu z niecierpliwością wielką czekałam na piątkowe wieczorne wydarzenie, które miało odbyć się 16 sierpnia 2019 r. tym razem nie tylko pod hasłem Letniej Sceny Muzycznej, ale także w ramach Jackowego Grania.

W drodze na koncert towarzyszyło mi mnóstwo pozytywnych emocji i duże podekscytowanie. Wiedziałam, czego mogę się spodziewać, mając świadomość tego, że założycielem zespołu Wild Flowers  i równocześnie grającą pierwszy saksofon jest Aleksandra Fleszar. Koncert zespołu Cztery smyczki, którego posłuchać mogliśmy w ramach Letniej Sceny Muzycznej, pokazał w jak niekonwencjonalny, inny i bezsprzecznie genialny sposób zinterpretować i zagrać można znane nam wszystkim, łatwo wpadające w ucho muzyczne hity najczęściej nucone skrycie  pod nosem.

Przed wejściem na plac raz jeszcze popatrzyłam w niebo. Wtedy właśnie pojawiła się ta jedna niepokojąca myśl:  Czy lunie z nieba uporczywe deszczysko?. Niebo miało odcień mocnej szarości.  Istotnie – za jakiś czas konkretnie lunęło.

Zespół w składzie:  Aleksandra Fleszar (Saksofon),  Dominika Englert (Piano ),  Marcin Majcherek(Bas ), Justyna Mikrut (Perkusja) – tego wieczoru dokonał – rzec można – cudu. Przez pierwsze 10 minut trwania koncertu szare niebo nie uroniło ani jednej kropli. Nagle z nieba lunął rzęsisty deszcz i tylko nieliczne osoby zaczęły umykać, by schronić się przed nim. Deszcz stawał się coraz bardziej intensywny i uporczywy. Ola i reszta ekipy tak jakby nie dostrzegali żadnych inwazyjnych zmian atmosferycznych. Po każdym zakończonym utworze z uśmiechem na twarzach i pasją potwierdzali wybór kolejnego granego przez nich utworu pomimo spływającego po ich twarzach, nutach i instrumentach deszczu. Publiczność mocno zahipnotyzowana i urzeczona muzyką siedziała pod parasolami. Byli jednak i tacy śmiałkowie, którym trzymanie parasola w dłoni zakłócałoby właściwy odbiór artystów, stąd dawali przyzwolenie, by deszcz skąpał ich całych. Duży szacunek dla nich.

Fajnym momentem stał się ten, w którym zapalona do dalszego udziału w koncercie i karmienia się tą pięknie brzmiącą muzyką  publiczność – ruszyła na pomoc wykonawcom. Z każdą kolejną chwilą w nowych  osobach wzbierała się odwaga do tego, by stanąć na scenie ze swoim parasolem i  przyczynić się do komfortu pracy muzyków, którym deszcz w brutalny sposób zatapiał i rozmywał nuty, skapywał, delikatnie rzecz ujmując na instrumenty i spływał od nasady głowy po całym ciele.

Parasole nieco ten komfort chwilowo podniosły, ale nie do tego stopnia by udało się w pełni uchronić instrumenty. Właśnie one w pewnym momencie zaczęły odmawiać współpracy. Punktem kulminacyjnym był moment, kiedy to basista każdorazowo chwytając za gryf, otrzymywał w odpowiedzi, subtelne kopnięcia prądem. Początkowo delikatne stawały się coraz mocniejsze i niebezpieczne. Gitara basowa zmuszona była do kapitulacji, nie mogąc wspierać  reszty zespołu w tworzeniu pojedynczych niezwykłych dźwięków.

Najpiękniej współbrzmieli razem, stąd wykonywanie kolejnych utworów bez barwy gitary basowej nie dałoby nam pełnego obrazu ich możliwości i tej niezwykłej harmonii dźwięku.

By posłuchać czegoś tak wykwintnego wyszukanego i profesjonalnego – nie ma czynników zewnętrznych, które mogłyby w tym przeszkodzić. Doświadczyłam sama i nabrałam tego przekonania.

Ten koncert na długo pozostanie gdzieś głęboko…

Jolanta Okarmus
Foto: Dariusz Bartocha sdb

Klubowy plac?

Szczęśliwie dla stałych bywalców Letniej Sceny Muzycznej kolejni artyści zaskakują odmiennością prezentowanej muzyki. Tym razem mogliśmy uczestniczyć w koncercie zespołu o nazwie Weronika Boiński Trio. Łatwo się domyślić, że gwiazdą trio była Weronika wokalista i gitarzystka, której towarzyszył osobisty Tato, Marcin wraz ze swoimi gitarami basową i akustyczną, a trzecim muzykiem był Marcin Kurcz, klawiszowiec. O nim to w czasie koncertu dwa razy powiedziano: gra z najlepszymi. Podaruje sobie nazwiska muzyków, którym towarzyszył, by nie wywoływać na jego twarzy rumieńców zakłopotania w czasie czytania tego tekstu.

Wyjątkowość koncertu poza głosem solistki i wykonanymi utworami, w części także jej autorstwa, zapewnił Marcin Boiński swoimi komentarzami i dialogiem z publicznością. Publiczność, która wypełniła przygotowane dla niej miejsca, kupiła tę konwencję koncertu i chętnie nagradzała uśmiechami i oklaskami artystów zarówno za wykonane utwory, jak i komentarze.

Wyjątkowość koncertu zapewnili także przypadkowi goście wchodzący na plac Jacka. Karnacja skóry, kształt twarzy, a nawet ubiór zdradzały, że byli to turyści odwiedzający nasze miasto, których ściągnęły z rynku dźwięku muzyki. Większość utworów śpiewna była w języku angielski, co być może ułatwiało turystom zrozumienie ich treści, ale były też utwory śpiewane po polsku i solowy finał w języku francuskim.

Ostatnim wyjątkowym akordem było oświetlenie sceny, które na parę godzin przed koncertem pieczołowicie ustawił tato Weroniki. Sierpniowe dni – niestety stają się coraz krótsze – co może martwic wszystkich, przypominając im o kończących się wakacjach, ale to powolnie zapadanie zmierzchu odsłaniało coraz więcej barw na scenie, wzmacniając pozytywne przeżycia widzów.

Marcin Boiński prócz tego, że jest muzykiem, jest także akustykiem. Nie omieszkał więc w czasie koncertu podkreślić role akustyka jako kolejnego członka zespołu. Wojtek Kościelniak, tym razem zrobił sobie pięciogodzinną przerwę w pielgrzymowaniu na Jasną Górę, był służyć muzykom swoimi umiejętnościami, co zostało przez nich życzliwie zauważone.

Akustyk na scenie i akustyk na widowni zgodnie podkreślili wyjątkowość grania i śpiewania w plenerze, tu wyjątkowym, bo właściwie koncert brzmiał klubowo, choć do pełni klubowej atmosfery placowi Jacka jeszcze trochę brakuje, ale popracujemy nad tym w przyszłym roku.

Po dwóch bisach, standardowych już owocach i słowie od Księdza Bosko, muzycy zgrali dwa kolejne bisy według życzenia publiczności. Padło wiele słów podziękowania i zaproszenie na kolejny koncert tym raz na skrzyżowaniu Letniej Sceny Muzycznej i Jackowego Grania.

Dariusz Bartocha sdb
Foto: Dariusz Bartocha sdb

« 1 z 2 »

Akustyczna chwała na letniej scenie

26 lipca na Letniej Scenie Muzycznej zobaczyliśmy dwie znajome twarze. Zgodnie z zapowiedzią ks. Dariusza Bartochy sprzed tygodnia, połowa składu pojawiła się już na poprzednim koncercie w osobie Filipa Komajdy, natomiast płeć piękną reprezentowała Agatka Broda. Oboje pokazywali się już niejednokrotnie na salezjańskich (i nie tylko) scenach, tak muzycznie, jak i aktorsko, a ponadto od kilku już lat angażują się w pracę z dziećmi w Oratorium.
„Akustyczna chwała” – to tytuł nieprzypadkowy. Już na początku muzycznego spotkania na placu świętego Jacka dowiedzieliśmy się, skąd się wziął. Według słownika języka polskiego „akustyczny” oznacza „zapewniający odpowiednie rozchodzenie się dźwięku”. Agatka i Filip zaprosili nas w ten piątkowy wieczór do muzycznego uwielbienia Pana Boga, by Jego chwała rozchodziła się jak najdalej w świat i do naszych serc. Widownia zgromadzona przed sceną mogła usłyszeć piosenki bardziej i mniej znane w ciekawych aranżacjach z wykorzystaniem gitary klasycznej, gitary akustycznej, dzwonków oraz harmonijek ustnych. Znalazło się miejsce dla utworów znanych m.in. ze Spotkań Młodych w Wołczynie i Lednicy czy z repertuaru Magdaleny Kani oraz pielgrzymkowych przebojów, tworzących niepowtarzalny klimat refleksji, radości i wdzięczności dla naszego Zbawiciela.
Wieczór zakończył się tradycyjnym Słówkiem, w którym ks. Ireneusz Piekorz nawiązał do wspominanych tego dnia rodziców Maryi – świętych Anny i Joachima.

Dziękujemy Urzędowi Miasta za wsparcie finansowe projektu.

Agnieszka Pluta
Foto: Bartosz_Krankowski

Plac przepełniony muzyką

Piątek, 19 lipca 2019 roku, godzina 15.00 – na plac Jacka spadło 1038 kropel deszczu. Patrzymy z Wojtkiem w niebo, on pyta: rozstawiamy czy przenosimy się do Kameralnej? Popatrzyłem jeszcze raz w niebo i odpowiedziałem: rozstawiamy. Ziemia i nie tylko ona pragnie deszczu, jednak nie teraz i nie tu – może padać po koncercie.

Prawie opustoszały plac poprzecinały kable – kilkanaście minut później dyskutowano między znawcami na temat różnicy pomiędzy kablem a przewodem, udowadniając, że różnica jest i mieli rację – stojaki pod kolumny, statywy, paczka basowa uzupełniły nagłośnieniowy anturaż. Wreszcie Wojtek wyniósł na środek placu duży mikser, zwykle wystarczał nam ten mniejszy. Artyści ze studia Voicesing będą się zmieniać po każdym utworze i chcieli nagrać swoje występy – więc czemu nie możemy im tego zapewnić.

Czerń, grafit i popiel sceny, placu i sprzętu nagłośnieniowego uzupełnia bordowy laptop pani Joanny Kasperek-Szymonik, i jest jakimś nawiązaniem do kolorów powyżej i obok, i dookoła sceny i placu. Wszystko gotowe, rozpoczynają się próby, ustawienia poziomów, odsłuchu itd. – informacje ważne dla fachowców, widownia potrzebuje jedynie tego, by dobrze brzmiało. Spada kolejne 500 kropel deszczu, u niektórych zachwiała się wiara w bezdeszczowy koncert, pojawiają się dwa parasole, lecz daremnie, bo to były ostanie krople w piątkowy wieczór. Przekazuję Pani Joannie najnowszy numer Tygodnika Niedziela, czyli z niedzieli 21 lipca, w którym napisano, że Voicesing już wystąpił.

Scena zostaje uzupełniona o światła i jesteśmy gotowi. Oczekujemy na publiczność jak zwykle z niepewnością. Zostało 15 minut do rozpoczęcia, trzy czwarte widowni nadal puste. Po chwili spojrzałem ponownie na zegarek – mówię: rozpoczniemy trzy po. Zaglądam przez kotarę, na moim zegarku za 5 dziewiętnasta, widownia się wypełnia, ale jeszcze są wolne miejsca. Wyciągam telefon, dziwna godzina – dostrzegam, mój zegarek spieszy. Chwile przed dziewiętnastą prawie wszystkie miejsca na widowni są zajęte i wchodzi dodatkowo grupa 100 osób. Jest dziewiętnasta, zaczynamy: dobry wieczór Państwu. Szczęść Boże…

Kolejne tony muzyki cudownie wypełniają przestrzeń placu Jacka i wszystko to, co w nas jest między: pracą a odpoczynkiem, między pośpiechem a zwolnieniem, między zwyczajnością a świętem. Czternastu artystów: Filip Komajda, Bettina Krzykawska, Iwona Raczkowska, Paula Skrobucha, Paulina Michura, Daniel Tecław, Aleksandra Mika, Klaudia Jurkiewicz, Marcin Głowacki, Aleksandra Pławecka, Zuzanna Michura, Michał Krawczyk, Danuta Stramecka, Marta Kopacz wypełniło dla nas przestrzeń między Sanktuarium a szkołą, domem zakonnym a kaplicą świętego Jacka, Kościołem a Rynkiem. Z większą lub mniejszą tremą wychodzili kolejno na scenę, by podzielić się pięknem, by poruszyć w nas to, co nieświęte i święte. Wsłuchani w muzykę i zapewne zapatrzeni w swojego mistrza, panią Joannę, która nad swoim laptopem wykonywała z nimi każdy utwór. Bezszelestnie wypowiadała każde słowo, na twarzy pokazywała każdą emocję, a i gestów nie zabrakło.

Trudne zadanie miała Zuza, ponieważ jej wykonanie poprzedził występ mamy, a tato przez cały koncert zmieniając aparaty, uwieczniał umykające chwile – fotoreporterzy są wszędzie. Nie mniej trudne zadnie miał Michał Krawczyk z Krakowa, wykonał utwór własnej kompozycji, w języku angielskim – co zapewne nie było dla niego trudnością – i ze swoim, gitarowym akompaniamentem, ale słychać było, że wie co robić z głosem i gitarą.
Koncert zakończył się wręczeniem tradycyjnego, tym razem bardzo ciężkiego kosza owoców, podziękowaniami: artystom, publiczności, akustykowi, Urzędowi Miasta oraz ofiarodawcom owoców; zwyczajową na koncertach myślą św. Jana Bosko, tym razem było to zdanie: Kochaj twoje zadania, jeśli chcesz je dobrze spełniać ... oraz słowami: powiedzcie wszystkim w domu, co stracili, nie będąc z nami.

 

Dariusz Bartocha sdb
Foto: Dariusz Bartocha sdb,  Bartosz Krankowski

« 1 z 2 »

 

Muzyka na Cztery smyczki

Czwarty koncert. Cztery dziewczyny. Cztery smyczki, czyli Anna Wolanin i jej skrzypce, Aleksandra Fleszar i o dziwo także skrzypce, a nie saksofon, Weronika Śniadek z altówką i  Katarzyna Bajura ze swoją wiolonczelą. Czego można się spodziewać po taki składzie? Zapewne w pierwszym skojarzeniu nie tego, co usłyszeliśmy. Jak się okazało, dobór repertuaru był trafiony. Nawet najstarsi uczestnicy koncertu nucili pod nosem stare popowe i rockowe utwory, których aranżacje dały się słyszeć w żywiołowym wykonaniu na scenie.

Podobnie jak w poprzedni piątek aura postraszyła nieco. O godzinie piętnastej stojąc pod padającym kapuśniaczkiem, zastanawialiśmy się, czy tym razem rozstawiamy wszystko na letniej scenie, czy przygotowujemy salę kameralną. Po kilku minutach decyzja okazała się jasna, aura nie wystraszyła widowni, nawet rodzin z małymi dziećmi, jedynym minusem były lekko zmarznięte palce artystek.

Plac Jacka znów wypełnił się subtelnymi dźwiękami i przypuszczam, że mury sanktuarium, kaplicy św. Jacka, szkoły i domu zakonnego salezjanów na co dzień przyzwyczajane do odgłosów wydobywających się z samochodowych silników z radością i ulga odbierały te subtelne dźwięki. Co jakiś czas na dachu przysiadały gołębie, podziwiając tę odmianę. Na widowni mogliśmy dostrzec parę osób przybyłych z Krakowa i dwóch przedstawicieli mediów z telewizji publicznej zarówno z Warszawy, jak i z Krakowa. Tym razem akustyk nie dojeżdżał na koncert z Warszawy czy Poznania, ale zupełnie z bliska, bo z Oświęcimia. Mam nadzieję, że w sercach niektórych młodych pojawiło się pragnienie, by tez tak kiedyś zagrać.

Koncert zakończył się tradycyjnie. Dziewczęta dostały kosz owoców do wyboru – z przecieków wiemy, że największe emocje wzbudziło rozstrzygnięcie, kto weźmie sam kosz po owocach, oczywiście zgrały utwór na bis, a publiczność gratulowała i dziękowała dziewczętom, a następnie jak zwykle pomagała w sprzątaniu widowni. Tym razem dofinansowanie Letniej Sceny Muzycznej przez Urząd Miasta się nie przydało, ponieważ ten koncert był zupełnie charytatywny.

Myśl Księdza Bosko dotyczyła najpiękniejszej muzyki, czyli głosów młodzieży, które tym razem zabrzmiały tak wspaniałymi instrumentami. Przypominam, że program Letniej Sceny Muzycznej można znaleźć na stronie http://salezjanieoswiecim.pl/scena/.

Dariusz Bartocha sdb
Foto: Dariusz Bartocha sdb

François Martineau na Letniej Scenie Muzycznej

W trzecim koncercie z cyklu Letnia Scena Muzyczna u salezjanów w Oświęcimiu François Martineau wyśpiewał nam opowieść o swojej rodzinnej, ukochanej Francji. Po ubiegłotygodniowym spektaklu w języku angielskim, tym razem mogliśmy posłuchać piękna języka francuskiego, na szczęście w obfitych częściach w utwory tłumaczone były przez artystę.

François Martineau wraz z Mateuszem opowiedzieli przeróżne historie, rozpoczynając od francuskich interpretacjach walca, przez tragiczne wydarzenie pożaru katedry Notre Dame po bliskie François morskie opowieści. Dowiedzieliśmy się, jak jest w porcie i na morzu i jak odbierają nieobecność mężów żony pozostające w domu. Nie brakło pikantnych opowieści o wieczornym i nocnym życiu miast ze słowami wypowiedzianymi lub nie (widzowie musieli się domyślać) po francusku lub polsku, których przez grzeczność nie będę przywoływał. Wreszcie poznaliśmy historie, zapewne pięknej Laury o, którą walczyło aż 4 chłopców, a jak to w życiu bywa, zdobył piąty. Opowieść była tym bardziej angażująca,  że François zachęcał nas, z różnym skutkiem, do wspólnego śpiewania refrenu. Nie ominęło to także, pana Prezydenta Janusza Chwieruta, który uczestniczył w całym koncercie, co oczywiście nie dziwi, zwłaszcza że dofinansował ten wakacyjny projekt.

Koncert zakończył się tradycyjnie ofiarowaniem artystom owoców — tym razem był to kosz pomarańczowo — czerwonych owoców i myślą Księdza Bosko, który na pytanie o najlepsze wino odpowiedział: najlepsze jest to, które mam w szklance. Umiejętność życia i cieszenia się z tego, co jest tu i teraz zdecydowanie ułatwi życie w radości.

W potrójnym bisie usłyszeliśmy piosenki w śpiewanie których mogliśmy się włączyć, ponieważ to te utwory, które od dawna goszczą, także w polskiej kulturze.  François nie zapomniał też o zaśpiewaniu piosenki, z którą występował w TVN-owym Mam talent. Trudno powiedzieć czy piękniejszy był utwór, czy Natalia, o której opowiadał — w każdym razie publiczność biła brawa na stojąco.

Za tydzień czeka nas niespodzianka: Cztery smyczki, mogę zdradzić, że tym razem będzie to całkowicie żeńskie wykonanie. Program Letniej Sceny Muzycznej można znaleźć na stronie http://salezjanieoswiecim.pl/scena/.

Dariusz Bartocha sdb
Foto: Dariusz Bartocha sdb

Podwójna inauguracja

Nowością 2019 roku jest Letnia Scena Muzyczna organizowana na placu św. Jacka. Pierwszym koncertem letniej sceny był występ zespołu DeKamel. Aura nas nie rozpieściła i na 3 godziny przed koncertem zaczął padać obfity deszcz, na który nikt jednak nie narzekał, ponieważ przez wielu i przez przyrodę był wyczekiwany.  Zgodnie z planem B, koncert został przeniesiony do Sali kameralnej. Wnętrze to, znane wszystkim uczestnikom czwartków oratoryjnych, było świadkiem świetnego koncertu, dialogu z publicznością i zachętami do dalszego tworzenia własnych utworów itd.

Siedem dni później 28 czerwca, już na placu Jacka, na scenie z poszerzonymi kulisami odbyło się ostatnie przedstawienie musicalu Mamma Mia. Po występach w Krakowie, Warszawie i kilkunastu w Oświęcimiu, z wielką swobodą i kilkoma niespodziankami, aktorzy przedstawili pożegnalny spektakl. Zagrało w nim między innymi czterech tegorocznych maturzystów salezjańskiej szkoły, a Wojciech Kościelniak specjalnie wrócił z trasy koncertowej, jadąc kilka godzin, by dobrze nagłośnić spektakl.

Plac Jacka opróżniony z samochodów i zastawiony krzesłami w wielu budził obawy czy zdoła się wypełnić widownią. Niektórzy po cichu marzyli: jeśli choć co drugie krzesło będzie zajęte , będzie sukces. Tuż przed rozpoczęciem spektaklu trzeba było donieść krzesła i ławki, a i tak część widowni musiała oglądać spektakl na stojąco. Jeśli widownia będzie się powiększała w takim tempie w kolejne piątki, spełnią się szalone pomysły młodych, by nad pomieszczeniami zakrystii i sal umieść loże dla VIP-ów zwiększając ilość miejsc siedzących podczas koncertów. Jedna z osób oglądających spektakl widziała go wcześniej w Sali teatralnej, i podkreślała wyjątkowość miejsca i akustykę placu – plenerowe spektakle mają tę dodatkową, niepowtarzalną wartość.

Po zakończeniu spektaklu były podziękowania, gratulacje, uroczyste sto lat dla Stefana osiągającego  pełnoletniość właśnie tego dnia i oczywiście sprzątanie, w które włączyła się cześć widzów. Świętowanie przeniosło się następnie do sali wspólnoty salezjanów. Po pierwsze dlatego, że wszyscy zasłużyli na wielkie podziękowanie, stąd mały poczęstunek, po drugie trudno się było rozstać ze spektaklem, a przede wszystkim z przyjaciółmi jadącymi na wakacje, a zwłaszcza z tymi, którzy wybierają się na studia i już nie spotkamy się z nimi w nowym roku szkolnym. Choć nadzieje na powroty, daje obecność Staszka, absolwenta szkoły już drugi rok włączającego się w wystawiane spektakle.

Co za tydzień? Odpowiedź jest znana – François Martineau z piosenką francuską. François występował już na scenie kameralnej w październiku i grudniu i na tyle zachwycił oświęcimską publiczność, że wystąpi u tu jeszcze dwa razy: raz na Letniej Scenie Muzycznej i kolejny raz na zaproszenie Oświęcimskiego Centrum Kultury.

W trakcie projektowania programu kolejnego Festiwalu Jackowe Granie urodził się pomysł udostępnienia przestrzeni placu św. Jacka na dodatkowe koncerty, a mając w pamięci koncerty w czasie oratoryjnych czwartków odbywających się przez cały rok – pomyśleliśmy czemu by nie przedłużyć tego pomysłu na wakacje. Tak powstał pomysł Letniej Sceny Muzycznej i jeśli pomysł się spodoba Oświęcimianom i turystom, będzie kontynuowany w kolejne lata.

Latem 2019 czeka nas jeszcze 9 koncertów, za organizację odpowiadają salezjanie i stowarzyszenie Byłych Wychowanków Salezjańskich, a finanse wsparło dofinansowanie z Urzędu Miasta Oświęcimia.

Dariusz Batocha sdb
Foto: Dariusz Bartocha sdb, Paweł Gacek sdb, Ryszard Szymeczko sdb.

W Gazecie Krakowskiej napisano o spektaklu na Letniej Scenie Muzycznej oraz o wcześniejszym występie.

« 1 z 3 »

Doroczny zjazd BWS w Oświęcimiu

Zgodnie z wieloletnią tradycją 2 czerwca odbył się kolejny zjazd Byłych Wychowanek i Wychowanków Salezjańskich. Tradycyjnie do szkoły zjechali się byli uczniowie szkoły. Wśród gości była zarówno młodzież, która szkołę skończyła w tym roku lub kilku ubiegłych, choć nadal stanowią mniejszość w porównaniu ze starszymi, którzy przyjechali ze swoimi rodzinami oraz wychowankami, którzy salezjańską szkołę skończyli w latach czterdziestych i pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

Program  wypełniły: spotkanie przy kawie z nauczycielami, msza święta, wspólne zdjęcie oraz piknik na placu Jana Bosko.

Tradycyjnie podczas pikniku odbywały się długie rozmowy, wspominki, pytania kolegów i koleżanek ze szkolnych ław. Część z wychowanków udała się na „spacer” szkolnymi korytarzami, wspominając nauczycieli i „stare dobre  czas” – jak sami podkreślali.

Spotkanie zakończyło się późnym popołudniem – wymianą adresów między wychowankami,  obietnicami kolejnych spotkań oraz pewnym nowym pomysłem na przyszłoroczne spotkanie – ale to na jakiś czas pozostanie tajemnicą.

W zamyśle księdza Bosko włączenie byłych wychowanków do wspólnoty salezjańskiej było jednym z działań priorytetowych. Takie spotkania ideę księdza Bosko pozwalają praktycznie urzeczywistniać.

Żaneta Skamaj – wychowanka salezjańskiej szkoły
Foto: ks. Paweł Gacek sdb

« 1 z 2 »

Mistrzowskie odwiedziny

Internat Zespołu Szkół Towarzystwa Salezjańskiego w Oświęcimiu odwiedziły mistrzynie karate Dominika Chylińska córka naszego Byłego Wychowanka Salezjańskiego i Katarzyna Kotapka. Gości przywitał kleryk Dominik Nowak. Piękne, przebojowe, waleczne dziewczyny zaliczyły już wiele sukcesów. Katarzyna jest złotą medalistką Pucharu Europy, a Dominika według rankingu OYAMA Polskiej Federacji Karate jest najlepszą juniorką w Polsce.
Te urocze, delikatne dziewczyny zachwyciły nas swoimi umiejętnościami i precyzją prezentując krótką walkę oraz kata czyli rodzaj ćwiczeń stosowanych w wielu tradycyjnych sztukach i sportach walki, jak mówią słowa piosenki „słaba płeć, a jednak najmocniejsza”. W pełni zachwytu i podziwu obejrzeliśmy pokaz umiejętności Mistrzyń

Mateusz Wiewióra
Foto: ks.Piotr Kadela sdb