Salezjanin, misjonarz, brat

W ciepły, choć grudniowy dzień 2019 roku o godz. 11.00 rozpoczęła się msza pogrzebowa ks. Bolesława Rozmusa salezjanina i misjonarza. Uroczystość zgromadziła 44 salezjanów z Inspektorii krakowskiej i wrocławskiej, w tym dwóch diakonów ze wspólnoty seminaryjnej z Krakowa. Mszę celebrował również ks. dziekan Fryderyk Tarabuła, przywożąc list kondolencyjny od ks. bp. Ordynariusza Romana Pindla.

Liturgii przewodniczył i homilie wygłosił ks. Tadeusz Rozmus, radca regionalny i krewny śp. ks. Bolesława. Świątynię wypełniła rodzina, przyjaciele i znajomi ks. Bolesława, były też przedstawicielki sióstr Służebniczek i Serafitek.

 

Ksiądz Bolesław Rozmus salezjanin, misjonarz

Kończy się kolejne życie, które przemija w biegu historii czasu. Za chwilę mgła historii zacznie zacierać ślady życia ks. Bolesława, które dla nas są jeszcze wyraźne, ale które z każdym dniem zaczną być coraz bardziej zamazywane przez wiatry historii. (…) ta liturgia dzisiejsza to także wielka katecheza o naszym życiu, naszym przeznaczeniu, naszej przemijalności, ale także o wielkim powołaniu do świętości, do której jesteśmy wezwani[1].

Ksiądz Bolesław Rozmus urodził 18 października 1936 r. w powiecie pszczyńskim w Woli oddalonej o 16 km od Pszczyny i 10 km od Oświęcimia. Bolesław był szóstym, najmłodszym dzieckiem Marii z domu Gwóźdź  i Jana Rozmusa. Jego rodzeństwo to Stanisław, Jan, Sylwester, Cecylia i Augustyn.

Tak ks. Bolesław wspomina swoich rodziców: W czasie wojny i po niej, mama „sztrykowala”[2] pończochy, swetry, szyła spodnie, marynarki… była naszą nauczycielką, pielęgniarką, katechetką; uczyła pisać, czytać, śpiewała o Wiśle, która „płynie po polskiej krainie”, opowiadała o Wandzie i Krakusie, uczyła „kim ty jesteś? – Polak mały…”; słowem i przykładem wpajała zasady nauki chrześcijańskiej i uczyła polskości. Ojciec był powstańcem śląskim, za Niemców musiał się ukrywać.  Starał się zapewnić rodzinie byt materialny. Sam umiał zrobić wiele rzeczy, np. –  jak mówi siostra – robił meble, m.in. kołyskę, w której wykołysały się wszystkie dzieci, a potem służyła innym krewnym; był też naszym fryzjerem, kucharzem, szewcem, stolarzem. (…) Od rodziców mam nie tylko nazwisko, lecz także takie wartości jak przykład Polaków wierzących wiarą ludzi nieskomplikowanych, wierność rodzinie, umiłowanie Kościoła, Ojczyzny, tradycji, pracy, roli;  ich pozytywny stosunek do życia; nic się nie marnowało, wszystko trzeba umieć,  by przeżyć[3].

W wieku 7 lat rozpoczął uczęszczać do siedmioklasowej szkoły powszechnej, którą tak wspomina: Wzrastałem w czasach towarzysza Bieruta, Wiesława i innych „bohaterów” komunistycznej Polski. Brakowało mi pierwszych klas szkoły podstawowej. Była jakaś okrojona podstawówka, ale lekcji nikt na serio nie brał, ani nauczyciele, ani uczniowie. Kierownik szkoły chętniej nas widział przy szukaniu stonki ziemniaczanej, zbieraniu ziemniaków… niż w klasie. Może ostatnie trzy klasy podstawówki były bardziej systematyczne i poważniej traktowane. Nie byłem okazem grzecznego dziecka ani kujona. Ojciec miał z mojego powodu pewne trudności. Pewnego dnia na szkolnej gablotce Leninowi wydrapałem paznokciem oczy. A było kilka podobnych przypadków. Ojciec był wzywany do szkoły kilka razy, ale jako że był sołtysem Woli, kończyło się tylko na upomnieniach i „żeby to było ostatni raz”[4].

W 1948 roku Bolesław przyjął pierwszą Komunię świętą i tego samego roku sakrament bierzmowania. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w Salezjańskim Liceum Ogólnokształcącym w Oświęcimiu, mieszkając w internacie. Od tego momentu w Woli bywał już tylko gościem i tak zostało do ostatnich jego dni. Wspominając internat napisał: Pamiętam, że jako internista cierpiałem dużo w pierwszych tygodniach z powodu rozłąki z rodziną. Z kolegą mieliśmy nawet plany ucieczki z internatu. Dobry klimat internacki jednak, możliwość sportu, gier i pedagogia księży Salezjanów sprawiły, że nam przeszło. (…) Wszystko byłoby dobrze, gdyby w lipcu 1952 roku, komuniści nie wtargnęli do salezjańskiej szkoły i nie zamknęli ogólniaka. Przejścia do skrzydła Zakładu, gdzie funkcjonował ogólniak, zostały zamurowane, odizolowane ścianami i przeznaczone na Szpital, a później na Państwową Szkołę Pielęgniarek. Udało się to dzięki użyciu dziesiątków milicjantów i zwyczajowym systemem terroru. To był dzień żałoby dla Zakładu. Zbiegiem okoliczności właśnie w tym fatalnym dniu pojechaliśmy rowerami do Oświęcimia z kolegą, Kazikiem Wyrobą, aby odwiedzić naszych przełożonych. Nic nie podejrzewając, weszliśmy do środka i widzieliśmy, co się tam robi: pełno milicjantów, murarze pracowali szybko, odgradzając korytarze ścianami… Trwało to prawie cały dzien. Wszystkim chcących wejść do Zakładu pozwalano, ale wyjść nikt już nie mógł. Kiedy w końcu, około godz. 17-tej pozwolono nam wyjść, usłyszeliśmy na pożegnanie: „odważcie się coś powiedzieć o tym coście widzieli”[5].

Tuż przed opisanymi wydarzeniami Bolesław, jako uczeń II klasy, 10 maja 1952 roku napisał podanie, w którym czytamy: Idąc za głosem sumienia pragnę poświęcić się wychowaniu młodzieży w Zgromadzeniu Salezjańskim. Dlatego proszę Wielebnego ks. Dyrektora o przyjęcie mnie na przyszły rok do nowicjatu w charakterze aspiranta. Prośbę moją motywuję tym, że chcę zbawić duszę swoją i bliźnich zwłaszcza młodzieży[6].

Jak widać Bolesław miał zdecydowaną wolę, by zostać salezjaninem. Po zamknięciu liceum ten szesnastolatek z ukończoną 9 klasą stanął przed dylematem, co dalej robić. Myślał o kontynuowaniu nauki w szkole w Pszczynie, ale zaprzyjaźnieni salezjanie, o których wspominał, tj. ks. Józef Orszulik, Leopold Kasperlik, Wincenty Fęcki i Leon Musielak, zasugerowali jemu i kilku jego kolegom wstąpienie do nowicjatu i zdanie matury w późniejszym terminie. Tak też zrobili.

W taki przyśpieszony sposób Bolesław rozpoczął życie salezjańskie, wstępując 13 sierpnia 1952 roku do nowicjatu w Kopcu, koło Częstochowy, a 15 sierpnia 1953 roku składając pierwsze śluby zakonne. Od 1953 do 1955 kl. Bolesław studiował filozofię w salezjańskim seminarium w Krakowie na Łosiówce.

W kolejnych latach (1955-1959) odbywał praktykę pedagogiczną zwaną asystencją. Ponieważ po skończeniu kursu muzycznego, a właściwie Szkoły Muzycznej II stopnia, pod kierunkiem ks. prof. Tadeusza Przybylskiego, już dość dobrze grał na organach, wysyłano go jako organistę do salezjańskich parafii. Kolejno pracował w Poniatowicach, Kuźnicy Czeszyckiej, Cieszowie i Wrocławiu, parafii pw. św. Antoniego. Gra na organach była częścią zadań – dodatkowo kl. Bolesław katechizował, był opiekunem ministrantów i równocześnie razem z innymi salezjańskimi klerykami przygotowywał się do zdania matury w Liceum dla Pracujących im. Michałowskiego w Krakowie. Oczywiście wszyscy chodzili do szkoły incognito, po cywilu, bo gdyby ktoś dowiedział się, że są klerykami, byliby wydaleni ze szkoły. Wszystko skończyło się dobrze zdaniem matury w 1959 roku, po której kl. Bolesław rozpoczął studia teologiczne w Wyższym Seminarium Duchownym Towarzystwa Salezjańskiego w Krakowie na Łosiowce.

Seminaryjną formację zakończył przyjęciem święceń kapłańskich z rąk ks. biskupa Juliana Groblickiego dnia 21 czerwca 1963 roku w salezjańskim kościele pw. św. Stanisława Kostki w krakowskich Dębnikach. Święcenia diakonatu przyjął 10 dni wcześniej w kościele sióstr wizytek, z rąk ks. bp.  Karola Wojtyły. Święcenia diakonatu były mu wstrzymane, ponieważ w czasie porannych zajęć grał w szachy z klerykiem Franciszkiem Gwiżdżem. Wspominając to wydarzenie, napisał: dziś wspominam ten epizod z satysfakcją, ciesząc się, że obecny Święty, Jan Paweł II, już wtedy stanął na mojej drodze[7].

Mszę prymicyjną odprawił w rodzinnej Woli, w kościele pw. św. Urbana, dnia 7 lipca 1963, kiedy proboszczem był ks. Eryk Kempa.

Po święceniach ks. Bolesław został posłany do wspólnoty Casa Madre w Oświęcimiu (1963-1967) jako katecheta, nauczyciel muzyki, kapelmistrz orkiestry. Wiedza muzyczna zdobyta w seminarium towarzyszyła mu przez całe życie. Już w seminarium na teologii był organistą i akompaniował chórowi, który śpiewał na Wawelu, Skałce, w Kościele Mariackim i na Salwatorze, a potem prowadził chórki, zespoły muzyczne, orkiestry dęte oraz poważne chóry.

Kolejne pięć lat (1967-1972) pracował we Wrocławiu w parafii pw. św. Antoniego, a potem kolejny rok ponownie w Oświęcimiu, skąd we wrześniu 1973 roku wyruszył z koadiutorem Janem Krzysztofem do Wenezueli. Miał wtedy niecałe 37 lat. Władze komunistyczne odmawiały wydania mu paszportu, ale w końcu usilne nalegania przyniosły owoce.

Pociągiem z Katowic udał się do Zebrzydowic (podczas podróży celnik odebrał mu jedyne dolary), potem przez Pragę, Wiedeń, Wenecję dotarł do Rzymu. Z Rzymu po dwóch tygodniach formacji udał się pociągiem do Genui i na włoskim  transatlantyku, jako jeden z 1100 pasażerów, wzdłuż wybrzeży Włoch, Francji, Hiszpanii, Portugalii przez Marsylię, Barcelonę, Walencję, Gibraltar, Lizbonę, Madeirę (Funchal) dotarł do Wenezueli. Ksiądz Bolesław tak wspomina tę podróż: W czasie przystanków w podróży nam Polakom zawsze robiono jakieś trudności z wyjściem na ląd, np. w Barcelonie nie mogliśmy opuścić statku. Wiadomo – komuniści! Czasem zatrzymywano nam paszporty, ale zawsze coś się zobaczyło. Na statku była kaplica i kapelan. Były kawiarnie, restauracje, baseny… Po drodze towarzyszyły nam bez przerwy latające rybki i inne morskie atrakcje, jak duże ryby, fale, huśtania… Czas leciał miło aż do momentu, kiedy złapała mnie morska choroba. (…) Na lądzie w porcie La Guaira przyszedłem do siebie. Dwanaście dni na morzu i tydzień bez zatrzymania się statku[8].

Statek dobił do brzegu Wenezueli w porcie La Guaira 2 października 1973 roku. Ksiądz Bolesław wspominał: Był wczesny poranek, a więc port i widoki z niego wydawały się przepiękne: same światła na zboczach gór, jak w szopce bożonarodzeniowej. W rzeczywistości były to sławne slumsy, osiedla biedoty, którymi upstrzona jest stolica i jej okolice. W porcie nikt na nas nie czekał, bo nikt nie wiedział, kiedy będziemy. (…) Jakoś dogadaliśmy się taksówkarzem i ten nas zawiózł, kilkakrotnie pytając ludzi o „congregacion salesiana”, do dzielnicy Caracas zwanej Boleita, ok. 30 km od Caracas. Tam czekali na nas rodacy i koledzy: ks. Diadia, Andrzej Smaruj, Ryszard Urbański. Byliśmy w domu. (…) Tak zaczęła się moja przygoda z Wenezuelą, która trwała prawie 43 lata[9].

Pierwszą placówką ks. Bolesława było Los Teques (1973-1975), niedaleko Caracas. Salezjanie prowadzili tam szkołę z internatem dla chłopców. To oni stali się dla niego nauczycielami języka hiszpańskiego, którego ks. Bolesław uczył się  bez kursu, czytając gazety, pytając, rozmawiając, i tak po kilku miesiącach rozpoczął głosić kazania, dając je wcześniej chłopcom do sprawdzenia. W następnym roku został nauczycielem geografii i wychowania artystycznego, lecz aby móc być nauczycielem musiał przyjąć obywatelstwo wenezuelskie, bez zrzekania się polskiego. Ostatecznie do dziś posiada dwa obywatelstwa: polskie i wenezuelskie.

Wyjazd do Wenezueli zaplanowany na 5 lat przedłużył się do 43. W ciągu tych lat był  ekonomem, pracował na polu edukacji, duszpasterstwa i katechizacji, nie licząc muzyki. 19 lat pracował w szkołach  salezjańskich, jako wychowawca, nauczyciel, katecheta będąc równocześnie ekonomem, wikariuszem parafii, kapelanem sióstr; przez 24 lata był proboszczem w kilku salezjańskich parafiach. Ostatnia parafia, którą opuszczał w 2015 roku, liczyła sobie 50 000 wiernych i miała 26 tzw. barrios, czyli ubogich dzielnic.

Przez lata pobytu w Wenezueli pracował kolejno w następujących miejscach: Los Teques (1973-1975 – parafia i szkoła); Mérida (1975-1977 – szkoła i parafia); La Esmeralda, Ocamo (1977-1980 – misje Górne Orinoco); Coro (1980-1984 – szkoła i parafia); San Antonio de Los Altos (1984-1985 – socjusz w nowicjacie); Judibana (1985-1991 – proboszcz); Puerto La Cruz – Sierra Maestra (1991-1999 – proboszcz); Mérida (1999-2000 – szkoła i parafia); San Felix (2000-2002 – szkoła i parafia); Coro (2002-2010 – proboszcz); Puerto La Cruz – Divino Niño (1991-1999 – proboszcz).

Podsumowując te lata, ks. Bolesław napisał: proboszcz czy dyrektor, czy jakikolwiek salezjanin, zawsze byliśmy do dyspozycji młodzieży z Colegio: lekcje religii, słówka na dzień dobry, asystencja, spowiedź… Ostatnia wspólnota, w której byłem, Puerto La Cruz nad Morzem Karaibskim, złożona z siedmiu salezjanów, obsługiwała: dwie parafie, colegio z 1.400 uczniami, Dom Księdza Bosko dla Dzieci z ulicy, aspirantat, dwie  kapelanie, pomoc parafiom sąsiednim. Oprócz normalnej pracy w parafii i colegio miałem jeszcze z aspirantami lekcje teorii muzyki, solfeżu, śpiewu… jakieś konferencje na Dzień Skupienia. Pracy nigdy nie brakowało[10].

W Wenezueli przeżył kilka wstrząsów tektonicznych i kilka prawdziwych trzęsień ziemi z największym w San Félix w roku 2001. Doświadczyły go też choroby tropikalne: malaria i denga (infekcyjna choroba tropikalna), właśnie z ich powodu musiał opuścić misje nad Orinoko wśród  Indian Yanomami, o których napisał wydaną po polsku książkę pt.: Wśród szczepów Yanomami.

Prawdziwi misjonarze nie myślą o powrocie do Ojczyzny, podobnie było także z ks. Bolesławem, choć napisał: sekretnie marzyłem, by umrzeć w Polsce podczas jakichś wakacji i być pochowanym między swoimi…  Los załatwił to po swojemu[11].

Może to wydawać się bez znaczenia, ale dniem odejścia ks. Bolesława do Raju była uroczystość Matki Bożej z Guadalupe w Meksyku, Patronki całej Ameryki Łacińskiej, czczonej w Ameryce Południowej jeszcze mocniej, niż Polacy czczą Czarną Madonnę. (…) Matka Boża chciała go wprowadzić do Raju w dniu swojego święta. Piękne śpiewy salezjanów z Południowej Ameryki, które słyszałem w naszym Domu Generalnym w Rzymie w tym dniu, były dla mnie znakiem radości z kolejnego salezjanina, którego Matka Boża wprowadzała do Raju[12].

Zachorował na nowotwór i dopóki się dało, leczył się w Wenezueli. Przyszedł jednak czas, że pod rządami socjalistów nie było lekarstw, nawet odczynników do analizy krwi, a co dopiero lekarstw na poważne choroby. Doktor, która się nim opiekowała, rozłożyła ręce i zapytała, czy ma jakieś szanse, by zmienić kraj.

Wrócił do Polski 16 marca 2016 roku, tuż przed odjazdem jego dyrektor udzielił mu  sakramentu chorych. 17 grudnia 2016 roku Przełożony Generalny przeniósł ks. Bolesława ponownie do Inspektorii Krakowskiej, a on sam tak opisywał pierwsze dni pobytu w Polsce: Ks. Inspektor Dariusz Bartocha przeznaczył mnie do Zakładu w Oświęcimiu, co było moim cichym marzeniem, bo i apteka jest blisko, i rodzina blisko, bo tu zaczynałem, tu była „lat mych wiośnianych kołyska”, i klimat zakładu jest wspaniały… I oto tu jestem; podleczyłem się z moich chorób, i staram się w czymś pomagać w sanktuarium Maryi Wspomożycielki, przynajmniej w sensie, że „dużo pomaga ten, kto nie przeszkadza pracować drugim”[13].

Co kilka tygodni ks. Bolesław udawał się na parę dni do szpitala, potem wracał, żył we wspólnocie, pomagał, spowiadał, chętnie się spotykał, obserwował, robił zapiski i – jak wiemy z późniejszej korespondencji – stale utrzymywał kontakty z wieloma przyjaciółmi w Wenezueli.

W marcu 2019 roku po tygodniowym pobycie w szpitalu napisał do mnie: Od pewnego czasu czułem się nieszczególnie: ogólne osłabienie, ból kości, mięśni, stawów; brak apetytu, zawroty głowy, trudności w chodzeniu… Kosztuje mnie dużo wysiłku brać udział w życiu wspólnoty. To efekt mojej choroby zasadniczej: złośliwy nowotwór gruczołu krokowego z postępującym rozsiewem do kośćca. Do tego dołączyło się ostatnie „tupnięcie” w postaci zapalenia płuc. Widzę to, jako sygnał, choć nie chcę panikować. Proszę o zrozumienie moich nieobecności na wspólnych modlitwach, zebraniach wspólnoty…[14]

Od tego czasu praktycznie stale przybywał w pokoju. Udało się go tylko kilka razy wyciągnąć na jakieś spotkanie. Często odwiedzany przez liczną rodzinę, przez pierwsze miesiące odprawiał Mszę świętą, czasami spowiadał. Z czasem coraz bardziej chudł i słabł.

W swoim życiorysie zapisał: Jestem więc wdzięczny Salezjanom w Polsce, że mnie przyjęli jak swego. Tu się zaczynało moje życie salezjańskie i tu się, w Bogu wiadomym dniu, skończy. (…) Jestem wdzięczny Bogu, że pozwolił mi „wrócić cudem na Ojczyzny łono” i przeżyć  tu tak wiele pięknych chwil, jak te emocjonujące liturgie roku kościelnego po polsku, pobożność ludu, chóry, orkiestry, śpiew ludzi w kościołach, organy, poczucie Ojczyzny – lat mych wiośnianych kołyski, atmosfera domu, piękno przyrody polskiej, wspaniali salezjanie, spotkania wspólnotowe. (…) Wdzięczny jestem naszej Matce Salezjańskiej, Maryi Wspomożycielce, że czuwała nade mną w kraju i na obczyźnie; ufam, że spełni się mój codzienny pacierz do Niej: „Módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej”.

(…) Przypomina mi się sentencja pewnego szlachcica z „Pana Tadeusza”, który mówi: „ilekroć z Prus powracam chcąc się zmyć z niemczyzny, wpadam do Soplicowa jak w centrum polszczyzny. Tu się człowiek napije, nałyka ojczyzny”. A tu, w Casa Madre w Oświęcimiu, napije, nałyka „salezjańszczyzny” [15].

Odszedł od nas w czwartek 12 grudnia 2019 roku. Zostawił po sobie dobre wspomnienia i tu w Polsce i wśród wielu przyjaciół w Wenezueli. Zostawił sporo różnego rodzaju zapisków, a wśród nich sentencje, które skłaniają do myślenia o swoim życiu: „Mamy większe domy, ale mniejsze rodziny.  Mamy więcej udogodnień, ale mamy mniej czasu. Więcej wiemy, ale mniej rozumiemy. Mamy więcej lekarstw, ale mniej zdrowia”.

W taki słowach wspomina go jeden z wychowanków z Wrocławia Janusz Niedźwiedź: … jest we Wrocławiu co najmniej jeden jego wychowanek, którego przygotowywał do Pierwszej Komunii, a teraz już dobrze po pięćdziesiątce, który pamięta nie tylko jego nazwisko, ale również jego nauki i wiążę z jego Osobą swoje małe wspomnienia z dzieciństwa ubogacone o fakt, że prawie po pół wieku przekonał się, że trzeba marzyc, spełniać swoje marzenia w przekonaniu, że Opieka Boża stanowi najważniejszą wartość o którą wszędzie na świecie warto i trzeba się modlić, a wtedy wszystko jest możliwe[16].

Ksiądz Felipe Colmenares wikariusz wenezuelskiej inspektorii przysyłając kondolencje tak wspominał śp. ks. Bolesława: Padres Rozmus był człowiekiem prostym i bliskim wszystkim, kochającym ludzi, bez żadnych pretensji, we wspólnocie zawsze szukał dobrego traktowania i wzajemnego szacunku. (…)  Rzadko można było go zobaczyć zezłoszczonego, zawsze miał dobry humor i było widać w nim głębokie życie duchowe. (…)  Cóż to był za prosty, pracowity i wielki Salezjanin![17]

Świętej pamięci ks. Bolesław starał się być systematyczny, punktualny i dobrze wywiązywać ze swoich obowiązków.  Przypuszczał, że był lubiany we wspólnotach, my znający go i zyjąc z nim ostatnie 3 lata to potwierdzamy.

Śmierć wykonała już swoje zadanie i zaprowadziła ks. Bolesława przed oblicze Boga. Ufamy, że usłyszał tam słowa dzisiejszej Ewangelii: „Zaprawdę powiadam wam: wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, mnieście to uczynilii”. Mt 25,40 (…) Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata”.  Mt 25,34

Chodź i ty, księże Bolku, i ciesz się udziałem w Królestwie, przygotowanym od założenia świata”. W tym Królestwie dla którego poświęciłeś całe swoje jako jego misjonarz[18].

Dariusz Bartocha sdb
Foto: Wojciec Zięcina sdb

[1] ks. Tadeusz Rozmus. Homilia w czasie mszy pogrzebowej
[2] Robić na drutach.
[3] ks. Bolesław Rozmus autożyciorys spisany w maju 2017, a zatytułowany: „Żywot człowieka poczciwego”.
[4] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[5] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[6] Podanie do dyrektora Małego seminarium w Oświęcimiu
[7] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[8] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[9] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[10] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[11] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[12] ks. Tadeusz Rozmus. Homilia w czasie mszy pogrzebowej
[13] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[14] Wiadomość wysłana do Dariusza Bartochy sdb 29 marca 2019 roku
[15] ks. Bolesław Rozmus. Żywot człowieka poczciwego.
[16] Tekst znaleziony w dokumentach
[17] Wiadomość przesłana na WhatsAppa przez Felipe Colmenaresa
[18] ks. Tadeusz Rozmus. Homilia w czasie mszy pogrzebowej

Mistrz Ortografii 2019/2020

Jak co roku, zgodnie z wieloletnią tradycją, w naszej szkole odbył się konkurs ortograficzny. Skierowany był on do sympatyków, koneserów i znawców poprawnej polszczyzny, którzy mogli sprawdzić swoje umiejętności językowe w dwóch etapach. Pierwszy z nich był testem wyboru, natomiast  drugi – dyktandem. Ostatecznie w finale konkursu o tytuł Mistrza Ortografii 2019/2020 roku ubiegało się 10 osób. Po wielogodzinnych konsultacjach i naradach komisja zdecydowała, że na wyróżnienie zasługuje jedna praca, zaś pozostałe na docenienie i pochwałę. Oto lista zwycięzców:

– wyróżnienie: Jan Grzybek,

– docenieni konkursowicze: Maria Kwiecień, Inez Sanak, Anna Walancik, Weronika Bliźnik, Liwia Maria Adamik, Wiktoria Trzaska, Natalia Grzesło, Julia Ortman, Mariusz Spadek.

W tym miejscu warto podkreślić, że zadanie, jakiemu musieli sprostać uczestnicy konkursu, było nie lada wyzwaniem. Na dyktandzie zastanawiali się m.in., czy megapromocje i superceny powinny być zapisane łącznie, czy rozdzielnie, czy leginsy z lycry występują w wersji spolszczonej oraz, czy minispódniczka powinna zostać wydłużona do jednego wyrazu.

Przy tej, być może wyjątkowej, okazji warto zaapelować do czytelników, aby zwracali uwagę na częste i niestety błędne zapisy, które pojawiają się na świątecznych bilbordach, ulotkach oraz reklamach telewizyjnych i internetowych. Pamiętajcie, że poduszka w kolorze lilaróż występuje w zapisie łącznym, chabrowa bluzka tylko przez ,,ch”, a wzdłuż i wszerz można zapisać tylko w jednej formie.

Zapraszamy do sprawdzenia swojej ortograficznej wiedzy: Dyktando 2019

Ach, te zakupy!

Oto trzy przyjaciółki, istne papużki nierozłączki, wybrały się na wczesnojesienną wyprzedaż do nowo zbudowanego centrum handlowego. Nasze trzpiotki zatrzymały się na dłużej na parterze, gdzie wzrok przyciągały niezliczone megapromocje i superceny.

Rozentuzjazmowana Marzena ochoczo przymierzała legginsy z lycry, Dobrochna dżinsową minispódniczkę, a Róża zawzięcie szukała chabrowej bluzki i pulowera z dużym dekoltem w kolorze lilaróż. Okazji do przymiarek było co niemiara.

Ani się obejrzały, jak stylowy mahoniowy zegar wybił wpół do szóstej. Przemierzywszy pasaż galerii wzdłuż i wszerz, po dwuipółgodzinnej wędrówce niczego oczywiście nie kupiły. Poczuły natomiast znużenie, więc wstąpiły do najbliższej kafejki nieopodal nieczynnej akurat pizzerii, gdzie zafundowały sobie brownie z malinami, sernik stracciatella i wypiły po dużej porcji latte macchiato. Niemal natychmiast pożegnały się z chandrą, rozchmurzyły czółka, a dobry humor powrócił w okamgnieniu jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szczebiotały tak bez końca, gdyż nazajutrz nie musiały iść do pracy. Zaczynał się długi weekend, a to oznaczało słodkie nicnierobienie.

PS. O kupieniu sczerstwiałych grahamek dla gołębi zapomniały.

Joanna Balawender
Foto: Dariusz Bartocha sdb

Wizyta szkoły tańca w internacie

Szkoła tańca PRESTIŻ to rezolutne dziewczyny, wytrwałe w treningach i uparcie dążące do celu, piękne, zjawiskowe, niezwykłe tancerki, które odwiedziły nasz internat na zaproszenie Pani Eli. Spotkanie z tą niezwykłą grupą taneczną poprowadził Werner Widera. Przedstawił on naszych gości oraz zaprezentował ich sukcesy na międzynarodowych i krajowych konkursach. Przypomniał, że taniec już od dawna wpisany jest w historię ludzkości, wymaga dawki energii, pasji i czasu. To kreatywny sposób na niezwykle szczere wyrażenie własnej osobowości, uczuć i emocji.

Taniec wspiera komunikację ludzi, w dużej mierze zaspokaja naszą potrzebę integracji, umacnia się więzi społecznych oraz wpływa na wzrost poczucia własnej wartości. Ponadto „taniec jest najwznioślejszą, najbardziej wzruszającą, najpiękniejszą ze wszystkich sztuk, bo jest nie tylko prostą interpretacją, czy wyobrażeniem życia, jest samym życiem”.

Piękny i wzruszający był ten wieczór, dziewczyny zachwyciły nas fascynującym występem, porwały chłopców do tańca belgijskiego, a nasi panowie stanęli na wysokości zadania i dzielnie towarzyszyli mistrzyniom tańca. Po mocnych przeżyciach udaliśmy się wszyscy do zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia.Na koniec wieczoru ksiądz kierownik Ireneusz Piekorz wygłosił do nas wzruszające „słówko”, zachęcając nas do codziennej modlitwy.

Daniel Gąsienica
Foto: Brat Wojciech Zięcina sdb

No Images found.

Owocne odwiedziny

Od kilku lat spotykaliśmy się przedstawicielami GTV Poland i Hӧgert Technik, zwłaszcza podczas organizowanego przez nas konkursu „Sprawny w zawodzie”, a czasami na różnego rodzaju targach, głównie w Poznaniu.  Spotkania te zaowocowały pomysłem objęcia patronatem przez GTV Poland i Hӧgert Technik jednej ze stolarskich klas w naszej szkole.

Słowo do słowa, wizyta w siedzibie firmy, wymiana korespondencji i urodziło się. 22 października 2019 roku odwiedzili nas przedstawiciele firmy GTV i Hӧgert Technik: Dorota Abramczuk, Anna Brzeźnicka i Bartosz Fajge, przywożąc uczniom z wybranej klasy pierwszej skrzynki narzędziowe z odpowiednim wyposażeniem i ubrania ochronne oraz zapraszając na spotkanie specjalnego gościa z dużym doświadczeniem stolarskim i medialnym.

Chłopcy z pierwszej klasy przez dwie godziny lekcyjce mogli słuchać, pytać i rozmawiać z Darkiem Stolarzem, osobą znaną z jednego z programów telewizyjnych. Dziewczęta miały mniej szczęścia, ale wykorzystały krótkie chwile przerwy na zdobycie autografu i zrobienie wspólnego selfie. Udało się to także niektórym nauczycielkom.

Podczas spotkania wygospodarowaliśmy chwilę na pokazanie gościom szkoły, warsztatów, sal teatralnych, zabytkowej kaplicy i sanktuarium.

Jednym z elementów zacieśnionej współpracy było przekazanie nam akcesoriów meblowych GTV Poland i narzędzi Hӧgert Technik, których instruktorzy wraz z uczniami używali podczas przygotowywania stołu montażowego w nowej pracowni informatycznej oraz przy wykonywaniu pierwszego biurka do sali lekcyjnej. Prace te zostały dokończone w piątek 29 listopada.

Zapraszam do obejrzenia filmu, jaki powstał w czasie spotkania.

Dariusz Bartocha sdb
Foto: Anna Brzeźnicka, Wojciech Zięcina sdb, Dariusz Bartocha sdb.

Wywiadówka – czy to boli?

Często słowo wywiadówka powoduje podenerwowanie zarówno u uczniów, jak i rodziców. Oczywiście kiedy po takim spotkaniu rodzic dowiaduje się, że jego pociecha ma bardzo wysoką średnią, spotkanie w domu jest pełne radości. Niestety bywa też, że wychowawca nie może przekazać tak dobrych wiadomości, a wręcz przeciwnie.

Wywiadówka w listopadzie to nic dziwnego, ale jeśli usłyszymy, że jest ona podsumowaniem jednego kwartału nauki z wystawianiem, czyli „prawie półroczem”, to budzi zainteresowanie. Rzeczywiście w salezjańskiej szkole w Oświęcimiu mamy taki system, cztery razy w roku wystawiamy oceny na zakończenie jakiegoś okresu.

Stąd, żeby osłodzić nieco niektóre złe wiadomości, wywiadówka rozpoczęła się od krótkiego spektaklu – Małego księcia. Być może dla niektórych znanego „aż za bardzo”, ale w tej interpretacji, po wyborze tylko niektórych scen i ubogaceniu ich utworami muzycznymi  wykonywanymi na żywo, można było kolejny raz zaczerpnąć z mądrości tego utworu, ucieszyć się dobrą grą aktorów i pięknym śpiewem solistek.

Przedstawienie przygotowali licealiści z pierwszej klasy B i E oraz drugiej C pod kierownictwem ich wychowawczyń: Ewy Wróbel i Anny Pitry. Trudno nie przywołać także  jak zawsze gustownej i trafionej dekoracji celnie uzupełniającej całokształt przedstawienia, a wykonanej przez Elżbietę Wardzałę – Sereś, prawdopodobnie z uczniami.

Na sali teatralnej p. dyrektor Artur Pelo podał kilka danych statystycznych odnoszących się do frekwencji i ocen. Podsumował dwa i pół miesiąca pracy i organizacji w szkole, która po raz pierwszy przekroczyła 1000 uczniów oraz wyjaśnił, w jaki sposób krakowskie wyższe uczelnie prowadzą zajęcia w naszej szkole dzięki Małopolskiej chmurze edukacyjnej. Wywiadówka zakończyła się spotkaniami z wychowawcami w klasach i prywatnymi rozmowami o „latoroślach”. Cel, który nam przyświeca opiera się na tym, by tworząc jeden zespół nauczycieli,  wychowawców i rodziców wyrywać rodzące się w sercach młodych „zielska”, a wspierać i wzmacniać rozwijanie kwiatów.

Dariusz Bartocha sdb
Foto: Wojciech Zięcina sdb

Ojczyzna ziemską matką

„Ojczyzna jest naszą matką ziemską. Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej”. Św. Jan Paweł II

Te słowa św. Jana Pawła II stanowiły dla nas inspiracje danego wieczoru poświęconego 101. rocznicy odzyskania przez Polskę Niepodległości. Po 123 latach niewoli Polska odzyskała niepodległość. Przywiązanie do Tej, co nie zginęła, pozwoliło nam wychodzić z najtrudniejszych opresji i stawiać czoła poważnym problemom naszej egzystencji narodowej. Polska zawsze pozostawała żywa w umysłach, sercach oraz duszach Polaków.
Nasza ojczyzna mogła odrodzić się po wielu latach. Długo czekaliśmy na tę chwilę. Marzyło o niej kilka pokoleń rodaków. W tych trudnych momentach towarzyszyła im poezja wyrażająca tęsknotę oraz nadzieją na lepszą przyszłość.

Animatorzy tego wieczoru poezji (14 listopada 2019) wychowankowie Internatu Zespołu Szkół Zawodowych Towarzystwa Salezjańskiego w Oświęcimiu w piękny sposób przedstawili ten temat. Ukazane przez nich utwory obudziły w naszych sercach wzruszające wspomnienia. Naszą uroczystość zakończył Kierownik Internatu ks. Ireneusz Piekorz, który przypomniał nam o bohaterstwie przodków, którzy dzielnie walczyli o ojczyznę, wyrażając tym miłość do niej, poświęcali życie za nią. Dzięki nim możemy cieszyć się wolnością.

Werner Widera
Foto: Brat Wojciech Zięcina

Spotkanie klas prawniczo-ekonomicznych z Panem Mecenasem

W czwartek 7 listopada 2019 roku naszą szkołę odwiedził dość nietypowy gość. Mianowicie klasa 2LB jak na profil prawniczo-ekonomiczny przystało, miała spotkanie z prawnikiem z prawdziwego zdarzenia! Ze zniecierpliwieniem i podekscytowaniem zajęliśmy miejsca w Sali kameralnej, oczekując naszego gościa. Pana Tomasza Korpusińskiego nie dało pomylić się z nikim innym. Jego postawa, sposób poruszania się, zasób słownictwa, jakim się posługiwał, nieświadomie manifestowały, iż jest to człowiek związany z prawem.

Po przywitaniach zaczęła się część najbardziej nas interesująca. Pan mecenas zaczął od pytania, kiedy na świecie po raz pierwszy pojawiły się nakazy i zakazy, do których ludzie powinni się stosować. Pierwsza myśl – starożytność i przekrojowy Kodeks Hammurabiego. Odpowiedź Pana Mecenasa – wraz z pojawieniem się pierwszych ludzi. Już w Biblii, gdy Bóg stworzył Adama i Ewę poinstruował ich,  że jeśli zjedzą owoc z Zakazanego Drzewa, umrą. Dobrym przykładem jest też Prehistoria – nie potrafisz dostosować się do zasad panujących w plemieniu? Zostajesz z niego usunięty. Każda decyzja ciągnie za sobą konsekwencje. Powinniśmy o tym nieustannie pamiętać. „Ignorantia iuris nocet‘’ – „nieznajomość prawa szkodzi”.

To, że nie znamy wszystkich przepisów, nie zwalnia nas od ich przestrzegania. Wiedzieli już o tym starożytni Rzymianie, tworząc swoje „Prawo Rzymskie”, na którym opiera się cały system Europejski – tłumaczy radca. Istnieje również „prawo wspólne”, występujące w krajach anglosaskich, które w odróżnieniu od reguł panujących w Europie nie jest „narzucone” z góry, tylko „wyrasta” z dołu. Przykładowo jeżeli dwie osoby prowadziły spór, nie korzystano z ustalonych paragrafów, tylko udawano do osoby najmądrzejszej czy najbardziej doświadczonej by to ona rozstrzygnęła starcie. Dziś wszelakie waśnie rozpatruje sąd. Przenieśmy się do Sali rozpraw. Jak powszechnie wiadomo w instytucji tej wyróżniamy: stronę oskarżającą, broniącą i rozstrzygającą. Każda z nich nosi togi. Pan radca przyniósł ze sobą swoją i objaśnił jakie kolory przypisane są poszczególnym stanowiskom. Fioletowy – dla najważniejszej osoby w pomieszczeniu, czyli sędzi. Ponadto rozstrzygający spór nosi także łańcuch z godłem Polski- symbol władzy. Prokuratorzy przypisaną mają czerwień jednoznacznie kojarzona z dynamiką, działaniem, agresją – mają udowodnić winę, więc nierzadko muszą się przy tym napracować. Uspokajająca zieleń należy do adwokata-osoby mającej dać nadzieję na zwycięskie wyjście z opresji. W błękicie występują radcy prawni kojarzeni zazwyczaj ze sprawami cywilnymi i gospodarczymi. Szarość to kolor Radców Prokuratorii – czyli strażników skarbów Państwa a barwy narodowe występują w Trybunale Konstytucyjnym.

Przechodząc do sedna sprawy, Pan mecenas objaśnił nam, że każda rozprawa to pewna forma walki, bo obie strony próbują sobie coś udowodnić i że z każdym nowym klientem uczy się czegoś nowego, z każdą kolejną rozprawą jest bardziej doświadczony, co nie zwalnia od czujności, bo każdego „przeciwnika”,  jaki by nie był, należy traktować z należytym szacunkiem.

Nasz gość odpowiedział wyczerpująco na parę nurtujących nas pytań. Powiedział, że pierwszy raz zainteresował się prawem w naszym wieku gdy Pani polonistka kazała klasie przeprowadzić „sąd na Antygonie”, że nie byłby w stanie być sędzią, bo lepiej czuje się, opowiadając za jedną ze stron, że każda nawet najmniejsza decyzja prędzej czy później spotka się z konsekwencjami, że wielu studentów prawa nie dociera na ostatni rok nauki, a jeszcze mniej kończy aplikację. I chyba najbardziej nurtujące pytanie, czy matematyka jest nam potrzebna? Muszę z przykrością stwierdzić, że niestety tak, chociażby do obliczania kosztów rozprawy czy alimentów. Podsumowując, mnie osobiście podobał się wykład, ale to dziewięćdziesiąt minut skończyło się zdecydowanie za szybko. Niestety klasa nie zdążyła zadać wszystkich pytań. Dowiedziałam się wielu nowych rzeczy i uzupełniłam już posiadane informacje. Jednakże było parę momentów wydłużających się, lecz weźmy poprawkę na to, iż Pan Tomasz chciał przekazać nam swoją wiedzę jak najlepiej i w jak najbardziej przystępny sposób, byśmy wszystko zrozumieli. Należą się mu za to ogromne brawa, bo pomimo tego, że ma ogromne doświadczenie na Sali sądowej, to zainteresowanie 25 osób jakimś tematem zdecydowanie nie jest prostą sprawą. Mam nadzieję, że nie było to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie.

Tekst: Iga Drobina
Foto: ko. Wojciech Zięcina sdb

Korowód świętych

Podczas tegorocznego korowodu świętych podążaliśmy krok za krokiem śladem bohaterów wiary. Wśród nich byli: św. Jan Paweł II, św. Jan Bosko, św. Dominik Savio, św. Stanisław Kostka, bł. August Czartoryski, bł. Michał Rua, bł. Małgorzata Szewczyk, bł. Sancja Szymkowiak, bł. Honorat Koźmiński.
Wiele dzieci przebrało się za swojego ulubionego świętego lub błogosławionego np.: św. Antoni, św. Królowa Jadwiga, św. Jan Bosko, św. Jan Paweł II i wielu innych. W przygotowaniu strojów widoczna była ręka rodzica.
W trakcie naszej radosnej wędrówki ulicami miasta, z kościoła Sióstr Serafitek do Sanktuarium Matki Bożej Wspomożenia Wiernych rozważaliśmy chwalebne tajemnice różańca, dając świadectwo naszej wiary w świętych obcowanie.
Wielu ludzi, którzy stali na chodnikach ze zdziwieniem przyglądało się uczestnikom korowodu. Dlaczego? Ponieważ dzisiejszy świat chce nam wpoić inną rzeczywistość. Jednak my idąc za Jezusem, chcieliśmy dać wyraz naszej miłości do Niego poprzez wspólną modlitwę i śpiew.
Wieczorna pora dnia została rozświetlona latarkami przyniesionymi przez uczestników korowodu i światłem wiary. Był to dobry moment, żeby przypomnieć innym, że tylko Jezus jest Panem życia, i że to On nadaje sens wszystkiemu, co czynimy – jak było to dobrze widoczne w życiu świętych, których relikwie nieśli młodzi ludzie.
Bądźmy więc światłem świata i rozpalajmy w każdej chwili miłość do Jezusa, by jak wielu Jego naśladowców być świętym i nie marnować okazji do twórczego, chrześcijańskiego działania.

s. Felicyta Różańska CMBB
Foto: ks. Ryszard Szymeczko sdb

XIX Ogólnopolskie Forum Młodzieży Szkół Katolickich.

W dniu 24 września mieliśmy możliwość uczestniczenia w  Ogólnopolskim Forum Młodzieży Szkól Katolickich w Częstochowie. Wzięli w nim udział przedstawicie różnych środowisk uczniowskich z całej Polski. Podczas spotkania swoim przemyśleniami podzielili się z nami księża i świeccy mówcy, którzy poruszali tematy związane z dojrzałą miłością i sztuką nawiązywania oraz utrzymywania wartościowych relacji przez całe życie. Uczestniczyliśmy w konferencjach i świadectwach, a także we mszy świętej, którą jak zwykle ubogacał śpiew zespołu Projekt Fausystem. Ostatnim elementem naszego pobytu było wspólne uczestnictwo w drodze krzyżowej. Po tak pracowitym i pełnym refleksji dniu wracaliśmy do Oświęcimia w entuzjastycznej atmosferze.
Jesteśmy pewni, że to spotkanie owocnie zaprocentuje w obecnym roku szkolnym.

Tekst: Maria Czerwienka
Foto: Jolanta Okarmus

 

 

 

Mors certa, hora incerta

31 sierpnia 2019 roku o godz. 10 rozpoczęły się uroczystości pogrzebowe ks. Jana Urbańczyka, salezjanina. Wzięło w nim udział 100 kapłanów. Liturgii przewodniczył ks. Marcin Kaznowski p.o. Prowincjał Inspektorii Krakowskiej, homilię wygłosił kolega kursowy śp. księdza  Jana, ks. Sylwester Jędrzejewski. Mszę świętą sprawowali: proboszcz rodzinnej parafii śp. ks. Jana, ks. Henryk Aleksa, kapłani pochodzący z tejże parafii, kapłani z okolicznych dekanatów zaprzyjaźnieni z Dziełem Salezjańskim w Oświęcimiu z oraz bardzo duża grupa salezjanów z Inspektorii krakowskiej i wrocławskiej.

Modlitwą otaczały śp. księdza Jana siostry zakonne w największej licznie siostry Serafitki wraz z przełożoną prowincji s. Agnes Bachul, siostry Misjonarki Świętej Rodziny z Zakopanego, Komorowa i Chełmna wraz z przełożoną generalną s. Ewą Korbut, siostry Boromeuszki z Lędzin oraz siostry Służebniczki – razem było ich ok. 50.

Ponadto sanktuarium szczelnie wypełnili reprezentacje szkół, czyli uczniów, nauczycieli i pracowników szkół salezjańskich z Oświęcimia i Krakowa, przedstawiciele parafii ze Staniątek, Kielc i Witowa, Byli Wychowankowie i Salezjanie współpracownicy, oświęcimscy parafianie, rodzina oraz duża grupa mieszkańców Woli.

 

 Ksiądz Jan Sylwester Urbańczyk, salezjanin

Mors certa, hora incerta — śmierć jest pewna, jej godzina niepewna, tymi słowami ks. Sylwester Jędrzejewski rozpoczął homilię podczas mszy żałobnej. Pod jej koniec zapytał i odpowiedział: Ksiądz Jan, jaki był? Wielu widziało go w promieniach słońca, a niektórzy także w „poświacie księżyca”. Był wrażliwy. Materia życia niekiedy stawała się dla niego bardzo gęsta. Każdy krok kosztował go wtedy więcej wysiłku niż innych ludzi. Brnął przez życie, choć w radosny sposób. Tylko jego własne „noce duchowe”, a któż ich nie ma, były trudniejsze. [*]

Ksiądz Jan Urbańczyk urodził się 4 grudnia 1960 roku w Pszczynie, 11 grudnia 1960 w Woli został ochrzczony.

Szkołę podstawową rozpoczął w 1967 roku w Woli, a od 1973 roku uczęszczał do szkoły we Frydku. Po ukończeniu szkoły podstawowej przez trzy lata chodził do salezjańskiej szkoły w Oświęcimiu, mieszkając w internacie i zdobywając zawód tokarza, a po jej ukończeniu uczęszczał do Technikum Mechanicznego nr 2 w Krakowie, mieszkając w tym czasie na stancji.

19 czerwca 1981 roku, po zdanym egzaminie maturalnym, napisał podanie o przyjęcie do Towarzystwa Salezjańskiego, wskazując, że poznał Księdza Bosko i jego system wychowawczy, a od pierwszego spotkania z Salezjanami w Oświęcimiu w każde wakacje wyjeżdżał na tzw. Oazy, nawet, wtedy gdy mieszkał już poza strukturami salezjańskimi. W Krakowie też spotkał się z salezjanami pracującymi w seminarium oraz z ich pracą w Oratorium. Wcześniej, jeszcze w szkole podstawowej należał z zamiłowaniem do liturgicznej służby, był lektorem oraz pomagał w pracy z ministrantami.

Ksiądz Ryszard Ryszka proboszcz wolskiej parafii pw. św. Urbana w świadectwie wystawionym Janowi Urbańczykowi zapisał między innymi: Jego rodzice, jak również liczne rodzeństwo prowadzą życie religijne. W rodzinie tej zarówno ze strony ojca, jak i ze strony Matki były powołania kapłańskie i zakonne.

16 sierpnia 1981 Jan Urbańczyk rozpoczął nowicjat w Kopcu, a na jego zakończenie  22 sierpnia 1982 złożył pierwsze śluby zakonne, oddając swoje życie Towarzystwu Salezjańskiemu założonemu przez św. Jan Bosko fascynującego młodego Jana Urbańczyka swoim życiem i systemem wychowawczym, o czym napisał w swoim podaniu do nowicjatu.

Kolejnymi latami formacji były studia filozoficzno-pedagogiczne w seminarium w Krakowie w latach 1982 do 1984, asystencja odbyta w Oświęcimiu (1984-1985) oraz powtórnie studia w Krakowie, tym razem teologiczne (1985-1989). Ksiądz Sylwester Jędrzejewski w takich słowach wspomina śp. księdza Jana z tamtych lat: … w czasie studiów na Łosiówce w Krakowie… Ile radości w nim było, ile humoru, ile nadziei. Mogłem wtedy zobaczyć jego naturalną, z domu wyniesioną pobożność. I dobroć, bo to było szczególnie widoczne; bez demonstracji, bez pompatyczności. Ot, dobry człowiek. [*]

Szczególnym momentem w życiu kl. Jana Urbańczyka były śluby wieczyste złożone z racji setnej rocznicy przejścia do nieba św. Jana Bosko w Bazylice turyńskiej na Valdocco, miejscu w którym rozpoczęło się dzieło salezjańskie, a wszystko to odbyło się 8 września 1988. W tym samym czasie i miejscu kl. Jan przyjął z rąk kard. Anastasio Ballestrero święcenia diakonatu.

W wakacyjnych opiniach z kolejnych pobytów w domu rodzinnym ks. Proboszcz podkreślał zaangażowanie kl. Jana w uczestniczeniu we mszy świętej, posługę lektora i kantora, pomoc w przygotowaniu różnych uroczystości oraz w gromadzeniu chętnych do uczestnictwa w Pieszej Pielgrzymce Warszawskiej. Od czasów szkolnych był też zamiłowanym turystą górskim, zdobywając w tym względzie różnego rodzaju uprawnienia.

Wieńcząc swoje studia pracą magisterską, Jan Urbańczyk, na jej przedmiot wybrał Ps 8. Już wtedy zachwycony był życiem, gdy czytał w nim: „Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził: czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym – syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8). Trzeba naprawdę głębokiej wiary, żeby wobec piękna dzieła stworzenia i człowieka, jego korony, przyjąć słowa Jezusa: „Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (J 12). [*]

Święcenia kapłańskie otrzymał przez ręce ks. bpa Albina Małysiaka 15 czerwca 1989 roku w Krakowie.

Pierwszą placówką po święceniach, na jaką przełożeni posłali księdza Jana, była salezjańska szkoła w Oświęcimiu (1989-1991), w której był nauczycielem i instruktorem na warsztatach w szkole zawodowej. Po dwóch latach został przeniesiony do Krakowa na Dębniki do wspólnoty zakonnej i parafii pw. św. Stanisława Kostki, by pełnić przez rok funkcję administratora (1991-1992). Po rocznej pracy przez następne trzy lata pracował w domu w Kielcach (1992-1995) jako duszpasterz, katecheta i administrator. Kolejne trzy lata (1995-1998) spędził na pracy duszpastersko-katechetycznej w Przemyślu na Zasaniu, by wrócić do pracy katechetycznej w szkole, tym razem w Świętochłowicach (1998-2004). Roczną przerwą w pracy w szkole było prowadzenie Ośrodka duszpasterskiego w podkrakowskich Staniątkach (2004-2005), a następnie przez trzy lata był wikariuszem parafii i katechetą w Witowie. (2005-2007). Ostatnie lata życia księdza Jana związane były z pracą w szkołach. Od 2007 do 2015 pracował jako ekonom i katecheta w krakowskiej szkole na osiedlu Piastów, a od sierpnia 2015 roku do dziś jako ekonom, katecheta, duszpasterz i spowiednik sióstr ponownie, już po raz czwarty  w oświęcimskim domu tzw. Casa Madre.

Łatwo zauważyć, że wszędzie i nieprzerwanie pełnił swoją posługę dla młodych ludzi jako katecheta-nauczyciel religii. To było najbardziej prawdziwe jego salezjańskie życie. I mogę zaświadczyć, że miał z takiej misji wielką satysfakcję. [*]

Zdobywał młode serca dobrocią, chętnie korzystali u niego z sakramentu pokuty, radzili się w swoich życiowych sprawach, bo był salezjaninem, kapłanem, nauczycielem, wychowawcą i przyjacielem młodych ludzi. Dla nich pracował, spalał się, czyli tracił swoje życie. [*]

Bóg, jak wierzymy, zabiera człowieka w najlepszym dla niego momencie. A Chrystus upewnia nas: „Kto wierzy we Mnie, choćby i umarł, żyć będzie”. Taka jest nasza wiara i ufamy w to. Spotkamy się z nim na pewno. Wtedy będziemy wiedzieć już na pewno, że mors certa, hora incerta. Módlmy się za niego, z nadzieją, że kiedyś wielbić Boga będziemy razem z nim. Tam, gdzie Bóg otrze z oczu wszelką łzę. Jezu ufam Tobie. [*]

Dariusz Bartocha sdb
Foto: ko. Wojciech Zięcina

[*] fragmenty homilii wygłoszonej podczas pogrzebu przez ks. Sylwestra Jędrzejewskiego sdb.

 

Intencje za śp. ks. Jana zamówili:

Współpracownicy Salezjańscy Domu Zakonnego w Oświęcimiu
Andrzej Wanat z rodziną
Pracownicy księgowości Zespołu Szkół Salezjańskich w Oświęcimiu
Ekipa remontowa Dzieła salezjańskiego w Oświęcimiu
Pracownicy ochrony Dzieła salezjańskiego w Oświęcimiu
Pracownicy kuchni i pralni Dzieła salezjańskiego w Oświęcimiu
Agnieszka i Andrzej z dziećmi
Parafianie ze Staniątek
Grono pedagogiczne Zespołu Szkół Salezjańskich w Krakowie
Pracownicy Administracji i obsługi Zespołu Szkół Salezjańskich w Krakowie
Ewelina Matyjasik – Lewandowska z mężem
Nauczyciele praktycznej nauki zawodu działu mechanicznego Zespołu Szkół Salezjańskich w Oświęcimiu
Henryk i Andrzej  Koczor z rodzinami
Właściciel i pracownicy firmy Beryl
Stowarzyszenie Byłych Wychowanków i Wychowanek Salezjańskich Inspektorii Krakowskiej
Rodzina Sowa z dziećmi
Uczniowie klasy 2 Tm z rocznika 2002
Uczniowie Zespołu Szkół Salezjańskich w Krakowie
Brat Kazimierz z rodziną i brat Andrzej z rodziną
Rodziny Staszczyk i Kos, sąsiadów brata Stanisława, rodziny Kulka i Matla
Anna Jelonek
Brat Stanisław z rodziną

Od pierwszego września salezjanie ze wspólnoty w Oświęcimiu rozpoczną odprawianie mszy świętych gregoriańskich za śp. Jana Urbańczyka.